Czerwone diabły.

       Jeszcze w 1944 roku powstał pomysł, żeby wykorzystać kler do walki klasowej. Organizatorzy nowego państwa polskiego zdawali sobie sprawę z trudności jakie będzie miała nowa władza. Zakładano wtedy, że połowa społeczeństwa będzie przeciw państwu robotników i chłopów. Tak wynikało z badań, jakie prowadzili późniejsi założyciele  PKWN, (wbrew temu co głosi prawicowa propaganda) najbardziej przychylna grupa społeczna to inteligencja i wyższa kadra techniczna, około 65% zwolenników. Grupą najbardziej przeciw byli chłopi i środowiska wiejskie, gdzie przeciwników było prawie 70%.
Radzieccy towarzysze twierdzili, że indoktrynacja i terror to znakomita metoda walki klasowej. Jednak polskie społeczeństwo różniło się znacznie od wyrobionego klasowo społeczeństwa radzieckiego. Należało więc użyć innych środków do walki klasowej. Pomysł jaki wtedy powstał był w swojej przewrotności wręcz doskonały. Do realizacji trzeba było pozyskać nowego, wpływowego sojusznika.

W czerwcu 1945 roku w ręce polsko-radzieckie trafiły dokumenty z Radomierzyc. Były to między innymi dokumenty niemieckiego wywiadu działającego na terenach okupowanej Polski. Po analizie tych dokumentów okazało się, że to prawdziwy „skarb”. W ręce polskich specjalistów od walki klasowej trafiły listy księży kolaborantów. Listy liczyły kilka tysięcy nazwisk, a kolaboranci byli na wszystkich szczeblach kościelnej hierarchii. Od października 1945 roku rozpoczęto rozmowy z hierarchami na temat możliwości współpracy. Wyniki rozmów były niejednoznaczne. Natomiast wyniki pracy operacyjnej w terenie były bardzo obiecujące.
Udało się pozyskać do współpracy wielu księży i zakonników. Z początku współpraca polegała na wzajemnej nieagresji, czyli ksiądz z ambony nie grzmiał, że komunista to szatan, a sekretarz nie wnioskował, że kościół przydałby się na magazyn gumiaków. Władza ludowa przymykała czujne oko na nadużycia do jakich dochodziło na ziemiach odzyskanych przy przejmowaniu majątków parafii ewangelickich.

Jednym z najlepszych pomysłów było wykorzystanie podstawionych ludzi do organizowania nowych parafii. Szczególnie na ziemiach odzyskanych, gdzie osadnicy pochodzili z różnych zakątków Europy. Plan był prosty. Jako, że osadnicy byli w stosunku do siebie nieufni, podstawieni ludzie jednoczyli osadników przeciwko wspólnemu wrogowi, czyli władzy ludowej i wtedy przewodnikiem lokalnej społeczności zostawał „właściwy„ ksiądz.
Dzięki podstawionym ludziom w latach 1945 do 48 na ziemiach odzyskanych powstało  70    nowych parafii, a podatność księży na tego typu zabiegi przeszła najśmielsze oczekiwania. Do 1948 roku współpraca przebiegała dość dobrze, a zwieńczeniem tego okresu współpracy było zakończenie reformy rolnej. Kościołowi udało się zachować ogromną większość przedwojennego majątku, a w przypadku ziem odzyskanych kościół katolicki zwiększył stan posiadania dziewięćdziesięciokrotnie.

Od kongresu zjednoczeniowego relacje zaczęły się pogarszać. Hierarchowie zaczęli wysuwać coraz śmielsze żądania, które coraz częściej dotykały zagadnień politycznych, a władza ludowa nie zamierzała ich spełniać.

Od 1949 roku w relacjach państwo – kościół zaczęła obowiązywać tak zwana doktryna Bieruta. W myśl tej doktryny kościół katolicki traktowany miał być jak każda instytucja państwowa, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Tak jak w zakładach przemysłowych czy PGR-ach, tak w strukturach kościelnych zaczęły powstawać komórki zbierające informacje. Przez pierwsze dwa lata rozwój kościelnej agentury był minimalny. Wynikało to z braku koncepcji. W międzyczasie w piątym departamencie Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego coraz dynamiczniej rozwija się wydział 2, organizacyjnie przypisany do prowadzenia i kierowania agentami ukrytymi w strukturach kościelnych.
W 1952 roku, w czerwcu zostały opracowane wytyczne dotyczące wykorzystania księży do zbierania informacji i pozyskiwania nowych źródeł informacji. Został utworzony specjalny fundusz, z którego finansowana była działalność księży agentów. Biorąc pod uwagę ilość wydanych środków do efektów w postaci materiałów operacyjnych dostarczonych przez donosicieli, był to najbardziej efektywny fundusz w historii PRL.

Po likwidacji MBP nastały spokojniejsze czasy, ale rozpędzona machina dostarczała nieprawdopodobną ilość informacji. W powiatowych urzędach spraw wewnętrznych powstały wydzielone komórki do wstępnej selekcji materiałów. W KP MO w Jeleniej Górze w latach 1954-58 przetwarzaniem kościelnych donosów zajmowało się trzydziestu funkcjonariuszy i dwadzieścia trzy osoby cywilne. Po 1958 roku w wyniku zmian w strukturach milicji wszystkie kompetencje przejął wydział IV SB.
W ciągu tylko jednego, 1958 roku, zostało spalonych dwadzieścia sześć ton makulatury, w tym czternaście ton papierów, które wyprodukowali donosiciele w sutannach.
To fragment sprawozdania jakie sporządził szef czwartego departamentu w Jeleniej Górze dla ministra – „ Na 1246 imprez, w których w 1958 roku uczestniczyli księża, wypito 4,5 tyś. litrów samogonu czystego i 3750 litrów samogonu palonego. Zjedzono 2450 kg kiełbas i szynek oraz 2500 kg innego mięsa, które pochodziło z nielegalnego uboju. W tym też roku księża poświęcili 10240 sztuk złotej biżuterii, to jest: obrączki, pierścionki, łańcuszki, medaliki. W tym samym okresie dzięki obywatelskiej postawie jeleniogórskiego duchowieństwa udało się złapać i ukarać 72 spekulantów i oszustów, a wydział finansowy nałożył 156 domiarów podatkowych.”…….. Zgodnie z rozporządzeniem w listopadzie zostały spalone materiały zakwalifikowane jako… w ilości 122 000 teczek.  Rozporządzenie ministra dotyczyło niszczenia materiałów które były nieprzydatne operacyjne.

Tak owocna współpraca trwała do połowy lat siedemdziesiątych. W styczniu 1975 roku na szesnastym plenum podjęta została decyzja o zmianie metod współpracy z duchownymi donosicielami. Pierwsza, a zarazem najistotniejsza zmiana polegała na wyraźnym ukróceniu zapędów majątkowych księży współpracowników. Taka decyzja władz wywołała fale niezadowolenia i doprowadziła do otwartego konfliktu KC – episkopat. Sytuacja została opanowana po tym, jak władze zaczęły ujawniać fakty członkostwa księży w PZPR. Do roku 1976 w szeregach PZPR i stronnictw było około dziesięć tysięcy towarzyszy księży.
Wracając do prac KPMO w Jeleniej Górze. Od momentu powołania do życia SB i później po utworzeniu czwartego departamentu współpraca państwo-kościół rozwijała się nadzwyczaj dobrze, a ilość informacji przekazywanych była imponująca. Wiedza jakiej dostarczyli dobrodzieje pozwoliła na złapanie wielu spekulantów, złodziei i przeciwników władzy ludowej. Współpraca z donosicielami pozwoliła wykryć na terenie województwa Wrocławskiego, w tym też na terenie Jeleniej Góry ogromne nieprawidłowości w handlu mięsem. W 1964 roku w sądzie wojewódzkim we Wrocławiu odbyły się procesy związane z aferą mięsną. Skazano wtedy czterdzieści sześć osób na kary od dwóch lat do kary śmierci, którą zamieniono na dwadzieścia pięć lat. W sądzie okręgowym w Jeleniej Górze także odbyły się cztery procesy związane z aferą mięsną. Skazano w sumie dwadzieścia dwie osoby.

A teraz o Karpaczu  i słowie bożym.
Pełnomocnik majora Grigorjenki Kapitan….. zaprosił na rozmowę ówczesnego administratora archidiecezji Wrocławskiej, któremu zaproponował pomoc w tworzeniu nowych i rozwoju istniejących parafii. Propozycja została przyjęta. Efektem dobrej woli stron były ustalenia poczynione w grudniu 1945 roku odnośnie przejęcia ewangelickiego kościoła w Karpaczu oraz zorganizowania kaplicy w miejscowości  Brückenberg. Władza ludowa przeznaczyła na kaplice pomieszczenie świetlicy domu wczasowego Warszawianka, a w1949 przemianowanego na Zakopianka 3. Jako, że w życiu nie ma nic za darmo więc katolicki duchowny spłacał dług wdzięczności wykazując należytą gorliwość i zaangażowanie. Informacje jakie przekazywane były do roku 1958 praktycznie mieszkańcom Karpacza większej krzywdy nie czyniły. Oprócz jednego przypadku obywatelskiej postawy.  W 1957 roku osoba duchowna podzieliła się spostrzeżeniami na temat dziwnej pary, która to para odwiedziła  księdza na plebanii i zaproponowała sprzedaż dolarów. To jedyny znany mi przypadek prawdziwie obywatelskiej postawy księdza. Okazało się bowiem, że para to groźni przestępcy, poszukiwani w całym kraju za dwa morderstwa i napady z bronią w ręku. W  1959 roku osoba duchowna dopomogła w złapaniu kierowcy z …… ,  który to kierowca dorabiał handlując złotem i dolarami. Wyrok trzy i pół roku. Pewien pielgrzym poskarżył się władzy, że przy meldunku w DW …  w Bierutowicach nie dostał kwitka za opłatę klimatyczną. Jak się okazało po kontroli, to sprytny kierownik zachachmęcił dużo więcej pieniędzy z taksy klimatycznej. Kierownik DW dostał jakoś tak ze dwa lata.
Na początku lat siedemdziesiątych, pewien miłośnik zagranicznych pielgrzymek, a szczególnie do Francji w podzięce za łaskę władzy ujawniał „tajemnice spowiedzi”, czym doprowadził do szykanowania kilkunastu  mieszkańców Karpacza. I nie tylko. To ten dobrodziej, który przez wiele lat zbierał na dzwon i organy. Jeździł również pod wpływem wina mszalnego swoją zieloną Skodą.
Aktem łaski władzy ludowej było pozwolenie na rozbudowę kościoła w zamian za pewne informacje, które to władza ludowa otrzymała. Był to wykaz darczyńców, oraz kwoty jakie deklarowali na rozbudowę  kościoła. Wiedza płynąca z tego dokumentu pozwoliła na wykrycie sporych nadużyć w Karpackim FWP i  Fabryce Dywanów w Kowarach. Kilkanaście osób zostało zwolnionych. Były też dwa wyroki za posiadanie pieniędzy bez pokrycia, oba w zawieszeniu. Skarb państwa skonfiskował też cztery samochody, których właściciele nie potrafili udowodnić, że zarobili na nie uczciwą pracą.
Władza posiadała również wykaz ludzi, którzy w latach osiemdziesiątych dostawali paczki. Wykaz obejmował nazwiska i zawartość paczek, a efektem tej wiedzy były trzy wyroki – jeden dla mieszkańca Kowar za wprowadzanie do obrotu nielegalnego towaru – trzy lata. Dwa dla spekulantów z Jeleniej Góry. Jeden cwaniak poszedł do paki na dwa lata, a drugi dostał w zawieszeniu trzy lata i bardzo wysoką grzywnę. Złoczyńca w akcie rozpaczy powiesił się, a ksiądz dobrodziej w akcie katolickiego miłosierdzia odmówił rodzinie zmarłego ostatniej posługi. Chociaż spora część z zarobionych przez złoczyńce pieniędzy zasilała tace tegoż plebana.

O późniejszym okresie ze zrozumiałych względów nic nie napiszę.

        Kościół Katolicki nigdy nie zostanie zlustrowany. Gdyby otworzyć archiwa, to okazałoby się, że ludzie którzy w swoich środowiskach przez dziesięciolecia uchodzili za filary moralności, są najnormalniej w świecie ludźmi nikczemnymi.
Nasza władza korzystała z pomocy takich ludzi i dzięki nim przetrwała czterdzieści pięć lat. Pamiętajcie, że waszej władzy służą ci sami ludzie.
Każda władza wykorzystuje słabości swoich obywateli do tego żeby nimi rządzić. Władza ludowa do zapanowania  nad katolickim społeczeństwem wykorzystała nieprawdopodobną pazerność księży. Od momentu przekazania władzy do dnia dzisiejszego sytuacja społeczeństwa zmieniła się diametralnie, kiedyś obywatele pracowali na władze ludową i jej dobrobyt, który to nigdy nie osiągnął poziomu dobrobytu hierarchów.
Nasi następcy oddali kraj kościołowi. Dzięki tak nierozważnej polityce. Kraj nasz stacza się w otchłań ciemnoty i zacofania. Jeśli donosiciel kieruje się ideami lub zawiścią, to można to zrozumieć i nawet wybaczyć. Natomiast jeśli powodem donosów jest pazerność to……

         Opisuję te wydarzenia z nieukrywanym obrzydzeniem. Uważam, że postawa polskiego kleru od zakończenia wojny do dnia dzisiejszego zasługuje na najsurowsze potępienie. Bez wątpienia jest to najczarniejsza karta powojennej historii. Naszej i Waszej Polski Ludowej

Stary  Działacz.
admin@skrzatykarkonoskie.pl

      PS. Dla sprawiedliwości dziejowej napiszę kilka słów o księżach, którzy siedzieli w więzieniach. Otóż w latach od 1956 do 1985 przed sądami na Dolnym Śląsku zapadło 376 wyroków skazujących, z tego tylko dwa za działalność antypaństwową. Jeden we Wrocławiu dla księdza, który nawoływał z ambony do szturmu na komitet wojewódzki PZPR. Wyrok pięć lat, a zapadł w lutym 1971 roku. Ksiądz przesiedział cztery i pół roku.
Drugi w Wałbrzychu  w styczniu 1977 roku dla księdza, który próbował zorganizować grupę dywersyjną, której celem miało być wykolejanie pociągów z węglem. Wyrok pięć lat, z tego ksiądz odsiedział trzy i pół roku. Pozostałe wyroki to albo przestępstwa gospodarcze, albo przestępstwa kryminalne. Było też kilkadziesiąt procesów cywilnych. Przeważnie o alimenty.
Na terenie powiatu i później województwa jeleniogórskiego w tym okresie, przewodziło swoim owieczkom dwudziestu jeden duszpasterzy, którzy uczestniczyli w cudzie poczęcia co musiały uwiarygodniać swoją doczesną powagą sądy. Karpackim plebanom cud ten przydarzył się trzykrotnie.

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Wrześniowe popłudnie 1950 roku…

        Wrześniowe popołudnie 1950 roku. Brzegiem lasu wzdłuż żółtego szlaku szła kobieta. W lewej ręce trzymała wiaderko, a w prawej prymitywną maszynkę do zbierania jagód. Idąc powoli wypatrywała miejsc, które warto sprawdzić i ewentualnie zebrać trochę jagód. Dochodząc do rampy przy potoku poczuła dziwny zapach, ale po chwili zapach zniknął. Po przejściu kilkunastu kroków powrócił, żeby po chwili znowu zniknąć. Po następnych kilkunastu krokach natrafiła na źródło nieciekawego zapachu. W gęstych i wysokich do pasa krzakach coś leżało i niesamowicie śmierdziało padliną. Kobieta brnąc przez krzaki rozchylała je przed sobą prawą ręką szukając źródła tego smrodu. W pewnym momencie zamarła w bezruchu w wielkim przerażeniu. Między dwoma dorodnymi świerkami leżał jeleń. Zwierzę nie miało głowy, a wnętrzności porozrzucane były po krzakach. Wyglądało to co najmniej dziwnie. Kobieta w trakcie wojny nieraz widziała padłą zwierzynę, ale czegoś takiego jeszcze nie widziała. Znalezisko zniechęciło ją do dalszych poszukiwań jagód. Brnąc przez krzaki w kierunku szlaku trafiła na jeszcze bardziej makabryczne znalezisko. To co zobaczyła prawie przy samej drodze nieomal doprowadziło ją do zawału serca. Kobieta stanęła jak wryta, a włosy na głowie prawie jej pouciekały. Kobieta przed oczami miała dwa trupy. Kobiety i mężczyzny. Zwłoki leżały na skarpie prawie przy samym żółtym szlaku. Kobieta stała jak wryta przez pewien czas, ze strachu nie mogła się ruszyć. Chciała krzyczeć, ale język przykleił się do podniebienia. Gdy minęło pierwsze przerażenie kobieta zaczęła uciekać. Biegła na oślep, aż do dzikiego wodospadu, gdzie zahaczając nogą o wystający kamień przewróciła się. Po chwili podniosła się i dalej uciekała, aż dobiegła do drewnianego mostu nad Łomnicą. Zatrzymała się na moście, oparła o barierkę, nie miała siły dalej uciekać. Słońce już dawno zaszło i zaczynało zmierzchać, a do domu jeszcze ze dwa kilometry, do tego też przez las. Zebrała resztki sił i ruszyła  w kierunku Bierutowic. Po około dziesięciu minutach była w domu. Po powrocie rozpaliła w kuchni węglowej, nastawiła czajnik i zaczęła robić kolację. Przed oczami miała cały czas to, co zobaczyła przed kilkoma godzinami. Zaczęła zastanawiać się co ma zrobić, czy komuś o tym powiedzieć? Czy zawiadomić milicję? Pewnie nikomu by nie powiedziała gdyby nie to, że w trakcie ucieczki gdzieś zgubiła wiaderko i maszynkę do zbierania jagód. Postanowiła, że rano pójdzie na posterunek i wszystko opowie.  Jak postanowiła tak i uczyniła.

      Na posterunku jako dyżurny służbę pełnił sierżant……   Przyjął od kobiety zeznanie, zapisał je i gdy kobieta opuściła komisariat, wydał polecenie patrolowi, żeby pojechał na żółty szlak i sprawdził co jest. Następnie z zeznaniem poszedł do komendanta. Po godzinie patrol wrócił i zdał relację komendantowi. Dowódca patrolu, plutonowy…. meldował, że niczego nie znaleziono, żadnych zwłok, ani żadnych innych śladów. Na miejsce opisanych zdarzeń pojechał komendant i dwaj śledczy. Po drodze zabrali kobietę, żeby dokładnie w terenie pokazała gdzie leżały zwłoki. Po dotarciu na miejsce okazało się, że patrol miał rację. Niczego nie było, a co dziwniejsze nie było też zabitego jelenia, a ktoś posprzątał dokładnie cały teren. Gdy mieli odjeżdżać uwagę jednego z milicjantów przykuł głaz obok szlaku, na którym była świeża rycina. „ Saneczkarz”. Po powrocie komendant zdał relację przełożonemu w powiecie.
      Po kilku dniach w karpackim posterunku zjawiło się dwóch panów w czarnych, skórzanych płaszczach. Byli to funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Pojechali w teren, porozmawiali z kobietą i odjechali. Komendant dostał polecenie, aby „kobiece dać do zrozumienia, że nic nie widziała i dlatego dyżurny nie przyjął zgłoszenia”

      20-go września 1950 roku ok. godziny 23.00  dzielnicowy z Bierutowic wraz drugim milicjantem patrolują rejon pomiędzy DW Morskie Oko, Warszawianka i Zakopianka. W pewnym momencie z ulicy Saneczkowej na ulicę Odrodzenia z wielką prędkością wyjeżdżają dwa GAZ-y 63. Milicjanci próbują je zatrzymać. Bezskutecznie. Pierwsza z ciężarówek potrąca dzielnicowego. Drugi milicjant wyciąga pistolet TT i strzela na oślep za ciężarówkami. Ogień był na tyle skuteczny, że powybijał szyby w budce telefonicznej oraz kiosku, które stały na zakręcie przy skrzyżowaniu ulic Odrodzenia z Saneczkową. Po kilkunastu minutach ocalały milicjant dzwoniąc z DW Zakopianka powiadomił dyżurnego na posterunku o zdarzeniu, a tamten komendę powiatową. Ambulans zabiera rannego dzielnicowego do szpitala. Następnego dnia na posterunku w Karpaczu pojawia się dwóch gości w czarnych, skórzanych płaszczach. Efektem ich obecności jest kolejny nakaz milczenia dla wszystkich, którzy coś wiedzą o sprawie.

      Wiosną 1951 roku grupa turystów w trakcie oglądania drugiego dzikiego wodospadu przy żółtym szlaku znajduje zwłoki, a raczej dwa szkielety. Szkielety leżą na lewym zboczu wąwozu, około 700 metrów powyżej wodospadu. Jeden z turystów zbiega do Orlinka i stamtąd telefonicznie zawiadamia milicję. Po godzinie przyjeżdża na miejsce patrol MO i ambulans, którym zwłoki zabrane są do szpitala w Kowarach w celu zrobienia sekcji zwłok. Sekcja wykazała, że są to ciała kobiety i mężczyzny w wieku ok.45 lat, a przyczyną zgonu były strzały w tył głowy. Sekcja wykazała też, że zgon ofiar nastąpił ok. pół roku wcześniej. Wyniki sekcji powędrowały na półkę w prokuraturze powiatowej w Jeleniej Górze. Z nieznanego powodu sprawie nie nadano dalszego biegu.
Z nieznanych powodów na przełomie kwietnia i maja 1951 roku wymieniona została prawie cała załoga posterunku milicji w Karpaczu. Pozostawiono tylko dwóch milicjantów.

      W styczniu 1955 roku w drugim departamencie MSW powstaje specjalna grupa dochodzeniowa, której zadaniem jest rozwiązywanie  niewyjaśnionych spraw sprzed lat. Ta właśnie grupa w lutym tego roku zajęła się wyjaśnieniem przyczyn śmierci ludzi znalezionych w 1951 roku w Bierutowicach. Efekty pracy śledczych były bardzo interesujące. Okazało się, że trupy, które znalazła kobieta w 1950 roku, to te same, które znaleźli turyści pół roku później. Okazało się, że miejsce zbrodni na żółtym szlaku zostało bardzo dokładnie zbadane, ale nie przez milicjantów, którzy faktycznie niczego na miejscu zbrodni nie znaleźli.  Zastrzelony mężczyzna był SS-manem, który w kwietniu 1950 roku przeszedł polsko-czeską granicę w rejonie Odrodzenia. Nawiązał kontakt z kobietą, drugą ofiarą, która to kobieta była agentką wywiadu MBP, a zarazem matką ich dziecka. Dziecko było zakładnikiem i było przetrzymywane w sierocińcu w Legnicy. Okazało się, że SS-man został złapany w Lubaniu w czerwcu 1948 roku przez patrol KBW. Miał przy sobie plany jakichś obiektów i dużą ilość funtów, które były fałszywe i pochodziły z „fabryki pieniędzy” z rejonu Dąbrowicy. Później był proces i wyrok śmierci za szpiegostwo. Przed egzekucją uratował Niemca pan w czarnym, skórzanym płaszczu, jeden z tych, którzy przyjeżdżali do karpackiego posterunku w 1950 i 1951 roku. Niemiec za uratowanie życia zobowiązał się do ujawnienia miejsca, w którym były schowane funty i dolary, które Niemcy fałszowali. Pod koniec wojny Niemcy schowali kilka skrzyń z fałszywymi pieniędzmi w rejonie Białego Jaru. Niemiec wskazał miejsce ukrycia skarbu polskim oficerom, a ci w podzięce zastrzelili Niemca i polską agentkę.

      Udało się ustalić nazwiska panów w czarnych płaszczach. Byli to wysocy funkcjonariusze MBP, obaj w stopniu pułkownika. Przy okazji wyszło na jaw, że ci goście kierowali grupą szabrowników, która do października 1951 roku pustoszyła okolice Karpacza, Borowic i Sosnówki, a ciężarówki do których strzelał milicjant 20 września 1951 roku jechały z szabrem, który zrabowano w Borowicach. Śledczy doszli do tego po kontroli dokumentacji szpitala w Kowarach. Okazało się, że milicjant który strzelał do ciężarówki ciężko ranił dwóch bandytów, których kompani zawieźli do kowarskiego szpitala.

      W 1957 roku prokurator, który nie zrobił użytku z wyników sekcji zwłok został skazany w tzw. procesie prokuratorów na karę śmierci. Wyroku jednak nie wykonano, ponieważ powiesił się w celi wojskowego więzienia w Braniewie.

         W 1967 roku na wniosek prokuratury wojskowej wydany został nakaz aresztowania panów w czarnych płaszczach. Jeden z tajniaków  popełnił samobójstwo przy…  próbie aresztowania, a drugi zbiegł za granicę. W roku 1974 „powrócił” do kraju gdzie stanął przed sądem wojskowym Śląskiego Okręgu Wojskowego. Został skazany na śmierć. Wyrok wykonano. Fałszywych pieniędzy nie odnaleziono. Natomiast kobieta, która znalazła zwłoki na żółtym szlaku dożyła sędziwego wieku. Nikt jej od roku 1950 nie niepokoił. Czasami tylko w snach wracał widok zmasakrowanych twarzy.

      Wydarzenia te są jednym z niechlubnych przykładów utrwalania władzy ludowej przez ludzi pozbawionych zasad i sumienia. W 2004 roku rodzina oficera skazanego na śmierć za zamordowanie dwójki ludzi i jeszcze kilkunastu pospolitych przestępstw kryminalnych, wystąpiła do IPN o przyznanie powieszonemu statusu pokrzywdzonego przez reżim komunistyczny.
Rodzina takowe orzeczenie dostała!!!!!!!
Rodzina przygotowywała pozew przeciwko skarbowi państwa o odszkodowanie za stracenie bandyty na kwotę dwóch i pół miliona złotych, a sprawę prowadził „częsty gość programów telewizyjnych”. Dwa lata zajęło prostowanie idiotycznej decyzji IPN. Za pięć, sześć lat będzie można ujawnić nazwiska uczestników. Wtedy tekst będzie pełny i być może przez to jeszcze bardziej ponury.

      Opisuję tamte wydarzenia dlatego, że przed historią nie można uciec. Należy stawić jej czoło. Wydarzenia z tamtych lat ciążą tak samo tym, którzy wtedy stali po słusznej stronie jak i tym, którzy po słusznej stronie stoją teraz.

      Z tego co wiem, to żyją jeszcze trzy osoby, uczestnicy tamtych wydarzeń.  Dla nich to napisałem. 

St. Dz.

 

 

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Tajemnica Leśnej Polany

       Pomiędzy  rokiem 1948 a 1955 rosjanie w poszukiwaniu uranu przeprowadzili zakrojone na ogromną skalę prace geologiczno-topograficzne w celu udokumentowania złóż uranu. Badaniami objęto ogromne obszary naszego kraju. Powstało wtedy coś w rodzaju radiologicznej mapy Polski. Wydawać by się mogło, że Rosjanie szczególnie dokładnie przebadają rejon Kotliny Jeleniogórskiej. I tak w istocie było. Z jednym małym wyjątkiem. Gdzieś około roku 1965 strona rosyjska „udostępniła” polakom wyniki prac badawczych z lat 1948-55. Dokumentacja obejmowała Kotlinę Jeleniogórską. Na mapach były zaznaczone udokumentowane złoża uranu i miejsca, w których mógł występować, były też miejsca, które nie zostały zbadane. Miejsc niezbadanych było może 1% ogólnej powierzchni kotliny. Z nieznanych przyczyn radzieccy poszukiwacze nie prowadzili poszukiwań na obszarze pomiędzy Bierutowicami, Borowicami, Sosnówką Górną, Miłkowem i Karpaczem. Tak przynajmniej wynikało z dokumentów. Jako, że oficjalnie nie można było nic zrobić z przekazaną dokumentacją, szef zarządu II SG WP gen Oliwa podjął decyzję o powołaniu do życia komórki, która miała rozwikłać zagadkę plam na radzieckich mapach. Uznano wtedy, że Rosjanie zbadali cały teren kotliny jeleniogórskiej, ale z nieznanych przyczyn nie udostępnili wszystkich informacji. Po przeprowadzonej analizie okazało się, że temat jest na tyle poważny, że trzeba powiadomić najważniejsze osoby w państwie, czyli pierwszego sekretarza PZPR Gomułkę i premiera Cyrankiewicza. Wydarzenia, które nastąpiły później mogą wskazywać ,ze szpecom z wywiadu wojskowego udało się rozwikłać zagadkę  pustych miejsc na radzieckich mapach. Przyjęto wtedy hipotezę, która zakładała, że Rosjanie zbadali rejon Borowic i Sosnówki, na co wskazuje dokument z odnalezienia części urobku z kopalni uranu w Kowarach, który to był wykorzystywany przez Niemców do budowy drogi Sudeckiej. Do rozwiązania pozostawało pytanie, dlaczego rosjanie szukali urobku? Po roku śledztwa okazało się, że wywiad radziecki w latach pięćdziesiątych interesował się ogromną ilością urobku, jaki wyjeżdżał z kopalni w czasie wojny. Wnioski radzieckich poszukiwaczy do dnia dzisiejszego są nieznane.

Jest  wiosna 1967 roku. Do gabinetu premiera Józefa Cyrankiewicza wchodzi Tadeusz Steć. Rozmawiają przez dwie godziny.
Kilka dni po tej rozmowie premier wyjeżdża na Krym na wakacje. Ale czy tam dociera? Otóż  nie. Premier w tym czasie jest w Jeleniej Górze. Przyjechał tu spotkać się z przyjacielem z obozu i…… Steciem . Razem udają się  na kilkudniową wycieczkę po Karkonoszach. Jadą pociągiem  z Jeleniej Góry do Karpacza. Z dworca kolejowego idą w kierunku Sowiej Doliny. Po kilkunastu!!!! godzinach docierają do strażnicy pod Śnieżką. Tam nocują. Następnego dnia schodzą do Bierutowic i tam nocują w „Marysieńce”. Kolejny dzień to wycieczka po Karpaczu i Borowicach. Kolejną noc spędzają w chatce na rozwidleniu drogi Chomontowej i szlaku do Borowic. Ostatni dzień poświęcają na penetracje rejonu Borowic i Grabowca.  W ostatnim dniu wycieczki towarzyszy im wysoki funkcjonariusz MSW.
W 1968 roku w Karpaczu pojawiła się grupa topograficzna wydzielona z jednostki topogeodezyjnej  Śląskiego Okręgu Wojskowego. Zadaniem tej jednostki było sporządzenie  map rejonu, który nie interesował Rosjan, oraz Wilczej Poręby, od mostu na zielonym szlaku do Kruczych Skał i Sowiej Doliny. Prace topograficzne trwały do lipca 1971 roku. W tym samym czasie wojskowi specjaliści pilnie analizują dokumentacje kopalni uranu w Kowarach z lat
1937-45. Zwracają szczególną uwagę na hałdy i urobek, który był przez Niemców klasyfikowany jako odpad. Nie doliczono się wtedy kilkunastu kilometrów chodników , w stosunku do urobku jaki wyjechał z kopalni, a ilość urobku wywiezionego różniła się z ilością urobku „odnalezionego”. Brakowało ok. 12 km chodników i ok. 100 tyś. metrów sześciennych urobku.
Z informacji  jakie zebrała milicja  i UB wynikało, że od 1943 roku Niemcy wywozili ogromne ilości urobku do Miłkowa i Karpacza. I tu ślad się urywa. ( Być może miało to związek  ze zniszczeniem Zakładów chemicznych Norsk Hydro)

W roku 1975 w rejon Grabowca został wysłany pluton saperów z jednostki w Żaganiu, który prowadził prace wraz z grupą geologów. Zakwaterowani byli w prewentorium na przełęczy. Prace trwały ok. miesiąca. Oficjalny powód obecności geologów w tamtym rejonie to badanie struktur wodonośnych. Badacze odkryli trzy „ujęcia wody” powyżej „sztolni”. Ujęcia te były znakomicie zamaskowane i posiadały nietypowe jak na ujęcia wody wyposażenie.  Sztolnia została również zbadana. Wtedy to po raz pierwszy od zakończenia wojny został otwarty szyb znajdujący  się na dnie basenu, na końcu chodnika wykutego w litej skale. Było  to możliwe po wypompowaniu bardzo dużej ilości wody. Urządzenia  z ujęć wody i dwóch komór pod basenem na końcu sztolni, do których weszli wojskowi badacze zostały zdemontowane, zapakowane w skrzynie i wywiezione ośmioma Starami 660 .Dokumentacja z oględzin została utajniona i jeszcze przez wiele lat nie będzie do niej dostępu. Faktem jest, że zostało pobranych bardzo wiele próbek wody, które były badane w laboratorium przywiezionym  wraz z saperami. Aparatura została umieszczona w garażu  po lewej stronie prewentorium  W tym samym czasie trwało skanowanie południowego zbocza  georadarem, który został zbudowany przez Radwar specjalnie do tego konkretnego zadania, a zasilany był  agregatem, który na pierwszy rzut oka niczym nie różnił się od standardowego agregatu PAD16.  W agregacie tym silnik tłokowy zastąpiono niewielką turbiną, dzięki czemu agregat był dużo cichszy od standardowego PAD16. Agregat zrobiła  Karelma. Skanowanie było objęte klauzulą ściśle tajne, specjalnego znaczenia. Wyniki zostały utajnione z klauzulą  jw. Obecność geologów i żołnierzy wzbudziła zainteresowanie okolicznych mieszkańców  i nie tylko, co zaowocowało programem w TV pt. Tajemnica leśnej polany. Niestety dla autorów i ich szefa był to ostatnim program jaki zrobili w TV Wrocław. Wykonano też kilkanaście odwiertów  przy pomocy specjalnie przystosowanej wiertnina podwoziu UAZ-a452.

Latem 1980 roku w dość niejasnych okolicznościach znika spora część dokumentacji ZP R1. Mniej więcej w tym samym czasie w niewyjaśnionych okolicznościach znika część dokumentacji kopalni z czasów po rosyjskich. Zaginęły również plany niemieckiej części kopalni, a z wojskowych archiwów, spora część dokumentacji, którą sporządzili wojskowi w latach 1968 do 71. Na początku był pomysł, żeby połączyć te  sprawy……..,  ale ostatecznie każda sprawa prowadzona była oddzielnie. Te wydarzenia doprowadziły do powstania w MSW  wydzielonej komórki operacyjnej, podlegającej bezpośrednio ministrowi. Zadaniem tej komórki był nadzór nad grupą śledczych, którzy wyjaśniali temat zaginionej dokumentacji, oraz  nad projektem……. . Projekt ten obejmował m.in. poszukiwania jednej ze sztolni w rejonie Sowiej Doliny. Z informacji jakie zebrał…… wynikało, że w tym rejonie powinna być sztolnia i kilkanaście kilometrów chodników funkcjonujących w czasie wojny jako wydzielony fragment kopalni.

Przez całe lato 1980 roku  w Sowiej Dolinie trwały poszukiwania. Niczego nie odnaleziono, pomimo zaangażowania dużych środków. Na uwagę zasługuje fakt, że w trakcie poszukiwań codziennie w rejonie przebywało ok siedemdziesięciu ludzi, którzy krok po kroku sprawdzali teren od Kruczych Skał aż do przełęczy, a praca poszukiwaczy nie wzbudziła niczyich podejrzeń. Nawet leśnicy, którzy prowadzili wycinkę drzew na prawym zboczu u podnóża przełęczy niczego nie widzieli. Tak profesjonalnie przeprowadzona akcja była zasługą żołnierzy z  JW 10 28.

W tym czasie  w MSW przeprowadzona została analiza dokumentacji przygotowanej przez wojsko, z kopalni z lat 1968- 71 oraz z 1975 roku z rejonu Grabowca i Borowic

Wczesną wiosną 1982 roku minister obrony gen. Jaruzelski podejmuje  decyzję o przeprowadzeniu poszukiwań……. w rejonie Grabowca i Borowic. Do tego zadania wyznaczony zostaje batalion OTK z Zabrza oraz dwie kompanie saperów pierwsza z JW 3137, a druga z JW 3118. Poszukiwania rozpoczęły się od spalonej leśniczówki za DW Lubuszanin i prowadzone były w kierunku Miłkowa. Po kilku miesiącach poszukiwań i przerzuceniu kilkudziesięciu tysięcy metrów sześciennych ziemi i skał prace zakończyły się  sukcesem. Wojsko znalazło to czego szukało. A o rozmachu poszukiwań świadczyć może ilość sprzętu jaki brał udział w poszukiwaniach m.in. dwie spycharki BAT  i koparka MDK. Sprzęt został dostarczony z Żagania na 16-to osiowych przyczepach, a za ciągniki robiły KRAZ-y 255. W celu umożliwienia dojazdu ciężkiego sprzętu  na miejsce, został wysadzony duży fragment skał na zakręcie drogi między kapliczką św. Anny a „sztolnią”. Natomiast …… nie została wyjaśniona tajemnica dziwnych instalacji w „ujęciach wody” na Grabowcu. Jeszcze kilka lat temu przy odrobinie szczęścia można było powyżej drogi, która pozostała po poszukiwaniach, znaleźć jedno z „ujęć wody”, które nie zostało zasypane. W tej chwili po kolejnych pracach leśnych odnalezienie tego miejsca jest prawie niemożliwe. Ślady tamtych prac można jeszcze dostrzec w rejonie „sztolni”, patrząc do góry i w lewo jest fragment świerkowego lasu, którego wiek nie pasuje do reszty. Zmieniony został przebieg dróżki nad „sztolnią”. A najlepiej to widać patrząc z drogi Karpacz Górny-Sosnówka, mniej więcej z miejsca gdzie stała leśniczówka. Trzeba patrzeć w kierunku kapliczki i lewo skos do góry.

W rejonie Borowic poszukiwania były prowadzone w rejonie od parkingu na końcu Drogi Sudeckiej do Kozackiej Doliny i dalej do starego szlaku zrywkowego. Wojsko skarbów nie znalazło, ale poszukiwania całkiem bezowocne nie były…… . Po tamtych wydarzeniach pozostał zdewastowany las i zepsuty spychacz na końcu Drogi Sudeckiej, który wojsko przekazało firmie W.P.R.K. wykonawcy remontu tej drogi.

O wadze przedsięwzięcia świadczyć może fakt, że po wielu latach wiedza  w śród okolicznych mieszkańców o poszukiwaniach w rejonie Grabowca jest praktycznie żadna, a o pracach w rejonie Kozackiej Doliny mikroskopijna.

Z oczywistych względów podsumowania nie mogę napisać. Być może za kilkanaście lat ktoś dopisze ciąg dalszy. W każdym razie warto pamiętać o tamtych wydarzeniach. Poznanie całej prawdy teraz nikomu nic dobrego przynieść nie może, natomiast za kilkadziesiąt lat może przyczynić się do innego spojrzenia na tamte czasy i zależność  PRL od ZSRR.

admin@skrzatykarkonoskie.pl

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Stan Wojenny

13-go grudnia 2011 roku minie trzydzieści lat od wprowadzenia stanu wojennego. W ciągu tych trzydziestu lat można było nabrać dystansu do tamtych wydarzeń. Efektem nabierania dystansu jest ten tekst, który mam nadzieję niektórych dotknie do żywego, a innych nakłoni do chwili refleksji.  Pamiętam niedzielę 13 go grudnia 1981 roku. Poranek był mroźny i słoneczny, leżało około trzydzieści centymetrów śniegu. O stanie wojennym dowiedziałem się od ojca. Ojciec wysłuchał komunikatu o wprowadzeniu stanu wojennego w radio. Jak mówił o tym co się stało był przerażony. Dla niego stan wojenny kojarzył mu się z wojną, a w kontekście sytuacji jaka panowała w tamtym czasie w kraju przeciwnik mógł być tylko jeden. Rodzice pamiętali okrucieństwa wojny i okupacji. Przez kilkanaście pierwszych godzin od ogłoszenia komunikatu szykowali się na najgorsze i zadawali sobie jedno zasadnicze pytanie: czy ruscy weszli? Myślę że podobnie zareagowała większość społeczeństwa.  W poniedziałek rano ludzie wyszli do pracy tak jak zawsze, autobusy kursowały zgodnie z rozkładem. Nowością były posterunki kontrolne przy wjeździe do Karpacza, a w większości zakładów komisarze wojskowi. Poniedziałek był pierwszym dniem, w którym Polska żyła w stanie wojennym. Pierwszym i najważniejszym, ponieważ okazało się, że ruscy nie weszli (ponieważ ryscy tu byli). Dla ogromnej większości polaków to był pierwszy  dzień  normalnej pracy od bardzo dawna. Radio  Wolna Europa i Głos Ameryki informowały o ogromnej liczbie zatrzymanych. O czołgach na ulicach miast, osetkach zabitych i tysiącach rannych.  Polskie radio emitowało co godzinę krótki komunikat, z którego nic nie wynikało. Telewizja nie nadawała, a telefony były wyłączone. Taki stan trwał około dwóch tygodni.
Dla mnie to był najtrudniejszy okres w stanie wojennym. Najgorsze co mogło być dla wielu ludzi w tamtym okresie to brak rzetelnej informacji. Niestety RWE iGA przekazywały nierzetelne i nie do końca sprawdzone informacje. Po trzech tygodniach  TVP nadała pierwszy normalny program i mniej więcej w tym czasie zostały włączone telefony. Z każdym dniem życie normalniało, a ludzie zaczęli doceniać spokój, przede wszystkim w zakładach pracy.  Działaczy albo pozamykano, albo się pochowali. Po kilku miesiącach niektórzy zatrzymani dostali możliwość opuszczenia kraju i osiedlenia się w krajach zachodnich. Z tej możliwości skorzystało bardzo wielu działaczy. Po pól roku władze zaczeły wypuszczać internowanych. Wtedy pierwszy raz zwątpiłem. To co opowiadali internowani nijak się miało do zachodniej propagandy o UBeckich katowniach i setkach zakatowanych działaczy. Okazało się że internowani przetrzymywani byli w godnych warunkach, przeważnie w ośrodkach wczasowych. Mieli ciepło i przyzwoite jedzenie. Wyszło też, że komuna nie trzymała na stadionach na mrozie tysięcy niewinnych ludzi, nago, bez jedzenia i picia, o czym informował GA i RWE. Stan wojenny dla mieszkańców kraju zakończył się praktycznie na jesień 1982 roku, choć formalnie trwał do 83 roku.
Druga refleksja przyszła jak byłem w wojsku. Okazało się kolejny raz, że ktoś mnie okłamywał i to bardzo skutecznie. 17 pułk, w którym służyłem był w czasie stanu wojennego w Warszawie od 12 grudnia do końca maja. Ja trafiłem tam w 83 roku. Praktycznie cała kadra zawodowa doskonale pamiętała tamten okres. Z rozmów z nimi wynikało, że Warszawiacy szanowali żołnierzy. Na posterunki przynosili jedzenie, kawę czy też herbatę z prądem…… Żadnych aktów wrogości.
Mało tego, ludzie wręcz cieszyli się z tego, że wojsko zaprowadziło porządek. Chodziło przede wszystkim o ciągłe i niekończące się strajki. Będąc w wojsku zobaczyłem na własne oczy to o czym słyszałem, ale nie miałem pojęcia jak wygląda. Zobaczyłem radzieckiego żołnierza, mało tego zobaczyłem wielu radzieckich żołnierzy, znakomicie uzbrojonych i świetnie wyszkolonych radzieckich żołnierzy. Zdałem sobie sprawę, że w konfrontacji z taką potęgą militarną żadnego pojedynku wygrać nie można było ani w roku 83, ani w roku 81. Tym bardziej, że w 1981 roku w Polsce stacjonowało około pół miliona sojuszników.
Jak patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy kilkudziesięciu lat to zaczynam coraz bardziej rozumieć Generała Jaruzelskiego. Rządził w bardzo trudnych czasach, bardzo niewdzięcznym społeczeństwem, a pomimo to przeprowadził kraj od realnego socjalizmu do wolnego kapitalizmu.
Pseudo-historycy z IPN, prawicowe oszołomy i ogromna banda niedorobionych pismaków od wielu lat wypaczają znaczenie wielu zdarzeń z tamtych czasów. Czynią to na wzór zachodniej propagandy z czasów stanu wojennego. Najlepszym tego przykładem jest ciągle rosnąca liczba osób pokrzywdzonych przez stan wojenny. To dziwne zjawisko wiąże się z tym, że coraz więcej uczestników tamtych wydarzeń odchodzi, przez co różnej maści szmaciarze czują się coraz bardziej bezkarni. (Fajnie jest napisać w życiorysie, że było się represjonowanym, tym łatwiej,  że sąsiad na którego się donosiło już nie żyje).
W zeszłym roku w rocznice SW oglądałem fajny program w TVP, gdzie historyk magister w wieku, a ze trzydzieści lat, dyskutował z ludźmi w wieku swoich rodziców, na temat tamtych wydarzeń.  Jak myślicie, kto wiedział więcej na temat stanu wojennego?
Nie poruszam aspektu politycznego, czyli działań MO i SB ponieważ polityka mnie nie interesuje. Każdy, kto w tamtych czasach angażował się w politykę robił to na własny rachunek. Póki co, w Polsce niemożliwy jest obiektywny osąd działań milicji i sb. Jeszcze przez długie lata działania tych służb będą oceniane z perspektywy pleców i pały.
Na sam koniec zostawiłem sobie Kopalnię Wujek. Źle się stało, że zginęli ludzie. Jeszcze gorzej, że do tej pory nie osądzono prawdziwych sprawców tamtych wydarzeń. Procesy ZOMOwców to taka medialna zatkajdziura. Prawdziwi sprawcy tragedii siedzą teraz w zacisznych gabinetach i zajmują ważne stanowiska. Znane są nazwiska ZOMOwców, którzy podobno strzelali, znane jest nazwisko dowódcy oddziału, który forsował płot w kopalni. A czy ktoś zna nazwisko człowieka, który z pełną świadomością skutków przekonał górników, że łomami i kilofami  zatrzymają czołgi? To ci bezimienni działacze są odpowiedzialni za przelaną krew. Dopóki  ci działacze Solidarności nie zostaną osądzen, to nie będzie możliwy obiektywny osąd tamtych czasów.
Po latach moje wnioski są takie. Wprowadzenie stanu wojennego było jedynym skutecznym sposobem na uniknięcie wojny domowej. Wyprowadzenie wojska z koszar było jedynym sposobem na uniknięcie bratniej pomocy. Bardzo dobrym posunięciem był nieangażowanie armii w polityczne przepychanki z opozycją. Dzięki temu wojsko zyskało bardzo duże uznanie w oczach społeczeństwa. Być może to właśnie powstrzymało pierwszego sekretarza KPZR Breżniewa, przed wykonaniem telefonu do Legnicy do gen Zarudina. Stan wojenny był początkiem drogi do……, no właśnie do czego?

admin@skrzatykarkonoskie.pl

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Muzeum Zabawek

Na spotkaniu z mieszkańcami Karpacza Górnego 23 listopada 2011, burmistrz zapowiedział rychłe przeniesienie Muzeum Zabawek do nowej siedziby, oraz sprzedaż pomieszczeń po muzeum silnemu inwestorowi. Bo podobno wspólnota potrzebuje silnego inwestora.
Na pytania mieszkańców czy muzeum trzeba przenosić padła odpowiedź, że tak, bo w pomieszczeniach, które zajmuje muzeum jest wilgoć. Z tego co mówili panowie burmistrzowie wynikało, że opinia mieszkańców ich nie interesuje, a losy muzeum są przesądzone.
Niestety mieszkańcy w tym przypadku nie mogą liczyć na pomoc radnych ze swojego okręgu.  Z jakiegoś nieznanego powodu nasi radni  w tym temacie są głuchoniemi i pozbawieni j…j. Jak obserwuję poczynania naszych radnych to zastanawiam się jakie haki ma władza na dorosłych i chyba myślących ludzi, że ci ludzie tracą rozum i decydują się na utratę szacunku i zaufania mieszkańców. Jeśli władza obiecała kasę to jestem w stanie to zrozumieć, ale jeśli przekupiła ich jakąś mglistą perspektywą jakiś przyszłych korzyści , to tego nie potrafię zrozumieć. Z racji, że jakiś czas temu spadkobiercy H. Tomaszewskiego upominali się o zbiory lalek, które wystawiane są w muzeum w Karpaczu Górnym, mam pewne obawy, czy nie zostało zawarte jakieś tajne porozumienie ze spadkobiercami na temat zwrotu kolekcji. Przenosiny muzeum mogło by być znakomitym pretekstem do stopniowej likwidacji wystawianych zbiorów, pod pretekstem prac konserwatorskich. Jako, że w Karpaczu mają miejsce różne „dziwne” zdarzenia powinniśmy dmuchać na zimne i wyprzedzić zapędy włodarzy miasta.  Jeśli mieszkańcy wyrazili by swoje zdanie na temat przenosin, podpisując się pod petycją o nie przenoszenie muzeum to wysłali by jasny sygnał, że są niezadowoleni z takiego poczynania burmistrza i spółki, a jednocześnie zmusili by władze do podjęcia dialogu z mieszkańcami.
Do prawdziwego dialogu, a nie spotkania raz w roku i pitolenia o niczym.

Posted in Uncategorized | Leave a comment